|
Blog > Komentarze do wpisu
Człowiek o złotym uście
Zaletą uczenia się języków obcych jest fakt, że częściej jesteśmy w stanie zrozumieć, co ludzie mówią. Niekoniecznie do nas. Czasami staje się to naszym przekleństwem, czasami: trudno powiedzieć. Gdybym miała prowadzić bloga o tym, co mi się zasłyszało, pewnie zrobiłaby się z tego kopalnia sucharów, a tak, to tylko ta notka będzie sucharem w morzu beznadziei. Bo zimą obrodziło. Jeszcze na jesieni nabawiłam się cichego adoratora, który, zamieniwszy ze mną osobiście trzy słowa na krzyż, zaczął mnie emablować drogą internetową. Wychwalając pod niebiosa moją urodę i inteligencję, zapraszał mnie na kolację, jednocześnie łając łagodnie za to, że niedostatecznie integruję się z akademikiem i jestem taka tajemnicza i niedostępna. Wiem, trudno, kiedy wracając wieczorem widzę przez szybę w drzwiach do pokoju telewizyjnego ludzi w dresach, piżamach i gumowych klapzdrach, też zadaję sobie pytanie, gdzie popełniłam błąd. Odpisałam Adoratorowi, że jestem zaszczycona, ale nie odwzajemniam jego zainteresowania moją osobą, w związku z czym dziękuję za kolację. Zrobiło się cicho, minęło trochę czasu, Adorator znalazł sobie dziewczynę. No, i dobrze, pomyślałam. W około dwa miesiące po znalezieniu sobie dziewczyny, Adorator zaczął mi znów zawracać gitarę starą wypróbowaną praktyką, pytając mnie o rzeczy, które mógłby sobie wyguglać, informując, że obejrzał sobie moje zdjęcia na fejsiu ("Co masz na sobie?") i obsypując komplementami. Udzieliłam odpowiedzi na pytania, po czym zauważyłam od niechcenia, że jest mi bardzo miło, ale jego dziewczyna chyba wolałaby, żeby takich rzeczy do mnie nie pisał. No i na to padły słowa, które należy zapisać złotymi zgłoskami. "Moja sytuacja związkowa jest raczej skomplikowana. Mam dziewczynę, ale tak naprawdę jej nie mam. Na pewno wiesz dużo o tego typu sytuacjach. (A jakże, spotykałam się kiedyś z facetem, który tak naprawdę nie miał swojej ostatniej dziewczyny, która zresztą nachodziła chyba na mnie chronologicznie, ale to nic nie szkodzi, bo ze mną też tak naprawdę się nie spotykał. Obecnie jest szczęśliwie żonaty. Za szczęśliwą mężatość żony nie ręczę. - przyp. aut.) A ponieważ jej nie mam, to chciałbym z tobą iść na kolację (itd. itp.)" Jak przystało na osobę wyniosłą i niedostępną, chichłam na klawiaturę, po czym odpisałam, ale tak naprawdę nie odpisałam. *** Pewnego niedzielnego wieczora jechałam sobie pociągiem. Na kolanach trzymałam słownik elektroniczny, w łapie notatnik z notatkami po japońsku. To ważne. Wsiadło trzech pięknych tubylczych mężczyzn. Jeden usiadł koło mnie, dwóch stanęło nad nim. Nie ukrywam, że zastrzygłam uszami, ponieważ piękny tubylczy mężczyzna, zarówno jako jednostka, jak i w grupie, stanowi niewyczerpane źródło one-linerów ("Jeśli podejdziesz bliżej, to możesz przykleić się do moich włosów.","Nie lubię, jak jest taki deszcz, bo strasznie puszą mi się wtedy włosy."). Jedziemy. Siedzący obok mnie najwyraźniej zapuścił żurawia w moje notatki, co podsunęło jego koledze wspaniały pomysł. -Chciałbyś ją wyrwać, co? Udało mi się nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Tylko tyle. -W Sangenjaya jest bardzo dobra knajpa z chińskim żarciem. -Taaa? -Bardzo dobra. -Wybitnie. Patrzcie, miejsce się zwolniło. Przesiedli się dalej ode mnie. Cisza. Po chwili: -Patrzcie, i teraz się z nas śmieje. Japońskie słowo na podryw to nampa. Kiedy Premier pyta mnie, czy mnie podrywają, odpowiadam, że nie. Chyba będę musiała zrewidować moje pojęcie podrywu. *** Pewnego deszczowego popołudnia w Asakusie weszłam do knajpy z udonem. Przy ladzie siedziała dwójka białasów, po mnie weszło dwoje starszych państwa, którzy zastanawiali się długo, gdzie usiąść. Przez to usiadłam najpierw bezpośrednio obok białasów, potem odsiadłam się o jedno miejsce, bo co im będę siedzieć na głowie. Przy odrobinie szczęścia, gdzieś tam w internetowy eter poszły żale o białasce, która brzydzi się "swoich". Dziewczyna klarowała chłopakowi coś o II WŚ i Europie, on był szczerze zdziwiony. Wobec dalszego toku rozmowy, do teraz pluję sobie w brodę, że byłam zbyt zajęta składaniem parasolki, by dokładnie usłyszeć, o co chodziło. Siedzę sobie wygodnie, parasolka, którą bałam się odstawić na stojak (co kradną w Japonii - rowery i parasole), cieknie mi na spodnie, popijam wrzątek z gotowania makaronu i czekam na moją zupkę. I jak nagle zagranico nie wjedzie na pełnej... -No i wiesz, na przykład Kurosawa? -Kurasawa? -To bardzo znany reżyser. (Czy ja wiem - przyp. aut.) Nakręcił "Rashomona". -Rashamana? -Bardzo znany. Tarantino bardzo się nim inspirował. I nie tylko on. -Nigdy o nim nie słyszałem. - stwierdza chłopak z pewnością. Zupka przybywa, ja szczypię się w celu upewnienia, że jest 2012 rok w Asakusie, a nie 2008 w Saitamie. -No a teraz, powiedz, możesz wymienić nazwisko jakiegoś słynnego koreańskiego reżysera? Pewnie Was to zdziwi, drodzy czytelnicy, ale on nie może. -Więc rozumiesz, o co mi chodzi? Ich kultura jest o wiele mniej rozwinięta. Nie uważam, żeby to było koniecznie złe, to jest takie słodkie i proste, ale nie chciałabym, żeby to zaczęło dominować. Siorb, siorb. -I oni mają też o wiele bardziej ograniczone środki ekspresji. Siorb, siorb, siorb. Siorb. Siorb. Tego dnia było trzęsienie i burza z grzmotami w Chibie. Ale ja nic nie sugeruję. Był też śnieg, ale mój stosunek do śniegu, wobec faktu, że mieszkam w domu z dykty, jest taki, jak przeciętnego Polaka do homoseksualizmu: ja wiem, że to jest. Ale po co się obnosić, i jeszcze zdjęcia robić i na fejsie umieszczać. wtorek, 24 stycznia 2012, palacsinta
Komentarze
2012/01/27 16:18:26
Postawiłabym moją butelkę Revlon Vixen, że to był podtyp "exchange student bitter gaijin", ona chce sobie znaleźć chłopaka Japończyka, bo podobał jej się Mifune w "Rashamanie", ale nie wie, jak się do tego zabrać, on chce sobie znaleźć dziewczynę Japonkę, ale nie wie, jak się do tego zabrać. Together they solve crime. Jeśli akurat nie siedzą w akademiku i nie oglądają 'śmiesznych' filmików na laptopie. Hej, chyba znalazłam jakiś pozytyw ACTA.
Już sam ten podtyp nadałby się na odrębne "shit people say"... |
dziwne,ze jeszce nie ma 'shit bitter gaijin say ' ... ;)
like... god, theyr so stuck in the 50s/ROPPONJJJII!!!/ironicznie-so you live in "dasaitama"? /