www.flickr.com
This is a Flickr badge showing public photos and videos from csemege. Make your own badge here.
stat4u
czwartek, 22 listopada 2012
Hu hu ha

Outer gardens of the Imperial Palace

1. Teoretycznie zima zaczyna się dopiero w grudniu i Tokio żyje jeszcze niechętnie zmieniającymi kolory na jesienne klonami i innymi miłorzębami, ale zimno już jest. (Zdjęcie jest z marca tego roku. Miłorzębów brak.) Siedzę sobie w mojej chatce z piernika i piszę tę oto notkę, i może nie brzmi to jak jakieś wielkie wydarzenie, ale ja przybijam sobie w duchu piątkę wobec faktu, że jestem w stanie siedzieć przy biurku, a nie pod grzejnikiem. Jeszcze w październiku, kiedy zaczęło się powoli oziębiać, okleiłam okna folią bąbelkową. Przywodzi to na myśl dom bezdomnego znad Sumidy, ale od okien w końcu przestało ziać zimnem. (To jeszcze nic, znajomy obił sobie kiedyś drzwi wejściowe kartonem zrecyklingowanym z paczek.) Zebrałam się też w sobie i nabyłam, skróciłam oraz powiesiłam zasłony (oczywiście w Ikei). Wyciągnięty już przeze mnie grzejnik grzeje na trzy pałki (990W), w łazience pokrętło piecyka jest ustawione na maksimum (od gorącej wody ogrzewam się jednocześnie ja i cała łazienka, później co prawda te obłoki pary ulatniają się do kuchni i skraplają koło drzwi wejściowych). Humor ponadto poprawiają mi lampki choinkowe w kształcie gwiazdek, świeczki LED i świeczki zapachowe. Wszystko z Ikei.

Na uczelni sezon grzewczy rozpoczyna się w grudniu, więc znienacka towarem pożądanym stały się pogardzane dotąd piecyki. Chociaż przez ostatnie dwa dni ogrzewaliśmy się w salach bezpiecykowych klimą, nie mam pojęcia, o co chodzi. Ja tam wolę piecyki, niż tę huczącą dmuchawę wiszącą pod sufitem.

2. W naszym budynku trwa remont i pojawiły się już pierwsze osiągnięcia: w pracowni akurat na zimę zdemontowali nam klimę niezależną od centrali (ta centralna np. wyłączała się latem o 18:00 i co jej zrobisz), na trzecim piętrze śmierdzi jakimiś octowatymi rozpuszczalnikami, na czwartym - naszym - sporadycznie klejem cyjanoakrylowym na granicy szczypania w nosie, w toalecie damskiej unosi się smród gnijącej kapusty, a w trakcie zajęć przez wiercenie, walenie i inne swojskie odgłosy nie można usłyszeć, o czym się mówi. Na listę zakładową poszła informacja, że kiedyś tam będą w coś wlewać cement i "może być głośno". Chyba wezmę ze sobą zatyczki.

Pod budynkiem, na środku głównej alei kampusu, stał przez dwa dni dźwig wyższy od naszego (bodajże siedmiokondygnacyjnego) budynku i coś tam robił. Oczywiście był prowizorycznie otoczony niskimi barierkami.

Prawdę mówiąc, moją pierwszą reakcją na obecność ekip robotniczych (która to reakcja wynika z doświadczenia) jest pilnowanie portfela i telefonu komórkowego. Koleżanka natomiast powiedziała jednemu z robotników "Dzień dobry".

3. Było i minęło Halloween. Obchody Halloween w Japonii polegają (z mojego punktu widzenia) głównie na dekoracjach (dynie!) i obecności dyniowych słodyczy w sklepach. Jak dla mnie może być.

Kilka dni po Halloween naszło mnie na opowiadanie Malinowskiemu, jak to wygląda w Polsce i zaczęłam wyliczać i opisywać warszawskie cmentarze, które mamy z rodziną do obskoczenia. Przy Bródnowskim zaznaczyłam, że to największy w Europie (według Wiki jeden z największych, ale z punktu widzenia osoby, której krewni i przyjaciele rodziny pochowani są tak, że trzeba, ze zniczami i chryzantemami w doniczkach, oblecieć praktycznie cały cmentarz, nie jest to specjalnie istotne).

A ten poganin zaczyna mi rżeć. Już od jakiegoś czasu drażni się ze mną, twierdząc, że Polska to taki smutny kraj, bo jest u nas zimno i mamy ponurą historię. (W Japonii też jest zimno, i to w mieszkaniach, a nie na zewnątrz, poza tym Amerykanie dwa razy przetestowali na niej bombę atomową. Ale OK.)

- Z czego się śmiejesz?

- A tak sobie teraz pomyślałem, że ten cmentarz to taki największy dlatego, że mieliście tyle wojen i było dużo do grzebania.

W tym naiwnym przekonaniu, że ofiary wojen grzebie się z takim samym pietyzmem, jak osoby zmarłe podczas pokoju, było coś rozczulającego. Tak się składa, że w Shibui zaczyna się akurat przegląd kina polskiego - głównie stare filmy. Poleciłam mu "Zezowate szczęście", ale jak pójdzie na "Popiół i diament" oraz "Kanał", to już jego problem.

4. Zebry ostatnio dostarczyły mi dużo radości i dobrze, bo w tym tygodniu zajęcia z angielskiego były odwołane i musi mi wystarczyć do przyszłej środy. Najpierw profesor na pierwszych zajęciach powiedział, że tym razem nie będzie tak zwanego "otwartego pytania". Po pierwsze, dzięki temu zajęcia skończyły się wcześniej. Po drugie, idę podbijać te piekielne arkusze zadań i sprawdzać listę, i podczas układania arkuszy zauważam, że jedna zebra jednak coś w tej rubryce na otwarte pytanie naskrobała. A nawet, że: "TA (to ja - przyp. aut.) jest kawaii". No więc, generalnie rzecz biorąc, jeśli japoński 19-latek pisze o mnie, że jestem "kawaii", to uważam to za decydujący głos za tym, że, przynajmniej obecnie, "kawaii" znaczy po prostu "ładny".

KzCh zasugerowała mi, żebym wytropiła adoratora, bo to bardzo romantyczne, takie szczere wyznanie. Witkacy, po przedstawieniu materiału dowodowego, powiedział, że to mu wygląda na damskie pismo i pewnie sama to napisałam. Malinowskiemu nie musiałam nic mówić, bo podsłuchał mnie rozmawiającą z KzCh. Profesor też pewnie miał niezły ubaw.

Potem, na drugie zajęcia, spóźniły się dwie zebry. To się zasadniczo nie zdarza, zebry na tych zajęciach w ogóle są całkiem grzeczne, w związku z czym nie przyswoiłam skomplikowanego systemu kodów wymyślonych przez profesorkę na oznaczanie spóźnień, gadania i spania. Kiedy więc spóźniona zebra ruszyła w moim kierunku po arkusz, zdążyłam tylko wpisać na nim jedną gwiazdkę. Później sprawdziłam, że za spóźnienie półgodzinne są dwie gwiazdki (a właściwie to prawie wpadało to w słoneczko, czyli spóźnienie ponad półgodzinne).

Potem, podczas układania arkuszy, pamiętałam cały czas o tym, żeby temu z jedną gwiazdką dorysować drugą i to samo wpisać na listę. Znajduję ten arkusz, patrzę, a tu druga gwiazdka dorysowana ołówkiem i dopisek "Michelin".

Poza tym, otwarte pytanie na zajęciach English Only, z zajęć jeszcze sprzed tygodnia, dotyczyło stereotypów. Ponieważ na tych zajęciach studenci dostają publiczny (ale anonimowy) feedback, dowiedziałam się, co kilka osób napisało na ten temat. Wypowiedzi były krzepiąco sensowne.

5. Kiedyś były takie piękne czasy, kiedy Malinowski wyznawał dość rozsądny pogląd, że nie trzeba na siłę mieszać środowisk. Kiedy Krecik powiedział mu, że szkoda, że Narzeczona nie może przyjść mu kibicować na dniu sportu, Malinowski odpowiedział, że niewielka, bo nie wiedziałby, co z nią zrobić. Na przykład.

Te piękne czasy należą już do przeszłości i zawisła nade mną wizja dwukrotnego obcowania z Narzeczoną na gruncie towarzyskim. W tym raz w domostwie Malinowskich (daty brak, ale ponieważ zapraszali i Narzeczona, i Malinowski, raczej nie rozejdzie się to po kościach). Drugi raz na pokazie tańca sufickiego, o którym najpierw poinformowałam Malinowskiego, wiedząc, że się tym interesuje. Na to Malinowski, że super, i że dzięki, i czy ja idę. Na to ja, że się nad tym nie zastanawiałam, ale może wybierzemy się razem. Na to Malinowski, że Narzeczona też się bardzo zainteresowała tym pokazem, ale że się jeszcze dogadamy na uczelni. Na uczelni (komórki i Internet, y'know) Malinowski ponowił pytanie o to, czy idę. Narzeczona może idzie. No to oczywiście koniec końców ja też muszę iść, żeby nie było, że unikam Narzeczonej.

Albo Narzeczona i Malinowski są po prostu mili, albo Narzeczona dobrze wie, że jej jeszcze nieślubny jest kochliwy niczym listonosz ze "Złotopolskich" i dla pewności trzeba trzymać go krótko.Tak, raczej to drugie. Chyba z tego wszystkiego pójdę sobie na jakiś duży cmentarz.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65